rozkładam
przed wami
swoje wiersze
jak żebrak
nędzne resztki
swojego dobytku

oczekując
na wsparcie
przesuwam
w palcach
wytarte
paciorki marzeń

jak Mojżesz
swoją laskę
zabieram
w drogę
ostatnie słowo

uderzę nim
po trzykroć
w skałę Horebu

może także
zostanę
wysłuchany


(”Życie Literackie” 1984)

 

latawiec

co za szczęście
udało mi się
złapać wiersz
za ostanie
słowo w chwili
kiedy
znikał już za
horyzontem lata
ściągnąłem go
na ziemię
ostrożnie
rozłożyłem
na stole
i w skupieniu
dopisuję
brakujące
części

za oknem
          umiera dzień
w agonii
ulicznych latarń
            jak my
niepotrzebnych
            we dnie
jak my
zmartwychwstających
nocą
           możemy wszystko
niemożliwe
            we dnie
zestroimy
            nasze ciała
na
            najwyższą nutę

sarny piersi
przystaną zdumione
a dłonie zaczną
           swój
chocholi taniec
           po
polanie brzucha
i niżej
           i dalej
                      aż
po nocy kraniec
bowiem
           wszystko
jest w tobie
             muzyką
oddaniem
           cała jesteś
przeczuciem
zapowiedzią wiersza
          złączeni
w śmiertelnym
          uścisku
bez nadziei
          na jutro
szczęśliwe
          od wczoraj
składamy siebie
          na
ołtarzu nocy
          w
daninie bogom
          zapomnianym
we dnie

 

27 marca

w tym
     dniu
każdego
roku
    słowo
t e a t r
prowadzi
taneczny
korowód
innych
       słów
uroczyście
wiodąc
odświętnie
przybrany
wóz
    Tespisa
z którego

boska
Melpomena
pozdrawia
swoich
wybranych
ogłaszając
wszystkim
Wielkie
    Dionizje


/”Temi” 1985/

 

 

Jankowi
                          Borkowi

     otrzymanych
     talentów
     nie zakopuj
     lepiej
                  podaruj je
                  dziewczynce
                  z zapałkami
      nawarzonego
      przez siebie
      piwa nie pij
      sam tylko
                  wspólnie
                  z ołowianymi
                  żołnierzami
      a kiedy
      osiągniesz
      już wszystko
      nie zapomnij
                 o słowiku
                 chińskiego
                 cesarza

Jeszcze nie słychać syren
ani dzwonów na trwogę
Jeszcze MIŁOŚĆ I WOLNOŚĆ
Wyznaczają nam drogę

Jeszcze czas się w klepsydrze
nie przesypał do końca
Jeszcze rano nas budzą
ciepłe promienie słońca

Jeszcze wici nie płoną
choć
gotowe są stosy
Jeszcze słychać słowika
i opadanie rosy

Jeszcze dłoń wyciągnięta
nie pozostaje pusta
Jeszcze możemy ocaleć
choć rozbite są lustra

 

narodziny motyla

bywa iż
przez
miesiąc

czasem
i
dłużej

noszę w
kokonie
mózgu

poczwarkę
myśli
chorej

oczekując
na dzień
słoneczny

/”Życie Literackie” 1984/

poeci
           zajmują się
           handlem
           obwoźnym
aktorzy
           demolują
           wóz Tespisa
           nie bacząc
           na konia
           którym właśnie
           odjeżdża
           ostatni widz
muzycy
plastycy
           i inni wariaci
           podejmują jeszcze
           próby
           podpalenia światła

           ale często
           nie mają
           na zapałki

paranoja

 

chciałbym

jak statek
gnany sztormem
schronić się
w zatoce
twoich ramion

w zasięgu
twego wzroku
zarzucić
kotwicę nadziei

a słowo kocham
zamknąć
w pocałunku jak
w złotej klatce



może kiedyś
zwrócimy mu
wolność

Zbyszkowi
                Szulcowi

BRUNO

w ostatni
poniedziałek
marca
dałeś mi
swój rysunek
i chwilę czasu
ostatnią
siedziałeś
na przeciw mnie
młodopolsko
niedbały
sączyliśmy
wino i słowa
wtedy
nieważne
pamiętam
na mojej działce
kwitły łubiny
i pachniało
maciejką
kiedy

widziałem Cię
po raz ostatni
wracałeś
jak zwykle
w swoim
stroju chocholim
z kolejnego
wesela
łudząc się
że można
nie zdążyć
na swój
ostatni
pociąg

/Temi 1985/

aktorzy
prowincjonalni

Wy
           którzy
wędrujecie
                    z
wozem
           Tespisa
szukając
śladów
                   po
zakopanych
talentach
tragarze
             puchu
nie mający
nazwisk
                  nie
łudźcie się
wasze
możliwości
toczy robak
czasu
             nasze
ideały
już dawno
skamieniały
ze strachu
                   w
codziennej
gonitwie
szczurów
gdzie mieć
znaczy
          więcej
niż być
jesteście
tylko
              jako
cymbał
grzmiący
                   a
przecież to
dzięki wam
mimo
                 że
śmiertelni
trwamy

/Temi 1986/

szkoda
że nie mam
czarodziejskiego
fletu
      z mandragory
znajdowałbym
wtedy wyjścia
z sytuacji
bez wyjścia
otwierałbym
serca i oczy
a wieczorem
zasiadając
do pisania
zamieniałbym Cię
w czarnego kota
i siedział obok
na półce
z książkami

/Temi 1984/

 

Maćkowi
           niedzielny spacer

przejrzał się
w oceanie kałuży
pogapił na
przejeżdżające
bum bum bum
obejrzał i powąchał
każdy napotkany
kwiatek
zaprzyjaźnił się
z puszystym
hau hau hau
zachwycił swoimi
małymi nóżkami
i na końcu zmęczony
uciekając przed
nadlatująca muchą
schronił się
w ramionach taty

/”Tarnowskie Azoty” 1985

wyróżnienie/

za oknem wieczór już stoi
siedzę przy stole i myślę
o śniegu na twoich włosach
o Gałczyńskim i Liszcie

jest w tobie miła tyle
dziwnej poezji muzyki
i słucham jej po nocach
jak wyznań Eurydyki

        i chciałbym wtedy mieć
        złotą karocę i konie
        ścigać się z wiatrem i nocą
        i los swój złożyć w twe dłonie

        bo jesteś księżniczko
        jak pieśń jak poemat
        jak wierzby jak niebo
        jak mazurek Szopena

czy my
to jeszcze
my czy
tylko
ślady stóp
na śniegu
a jeśli
zasypie je
wiatr

czy my
to jeszcze
my czy
tylko
zgliszcza
i łzy
a jeśli
wystrzeli
z nich
płomień

czy my
to jeszcze
my czy
tylko
wspomnień
mgły
a jeśli
zawiedzie
nas pamięć

czy my
to jeszcze
my czy
tylko
ja i ty
a jeśli
przetrwamy
pomimo

                  Wandzie
                      Schab

zawsze
ciężko pracowała
wychowała dzieci
doczekała wnuków
wszystko bliskim
darowała
              i teraz
kiedy
powinna
odpocząć zaczęła
pisać wiersze
proste jak życie
które prowadzi
piękne jak serce


/„Temi” 1985/

 

Markowi
Braunowi

do światła
zdążają
       wszyscy
ale

       naprawdę
szczęśliwi
będą
      tylko
             ci
którzy
     nigdy
tam
      nie
           dotrą


„Do światła”-premiera

marzec 1989
/„Temi”1989/

jeszcze
        będzie
                normalnie
w sklepach
        biurach
                i w nas
jeszcze
         będzie
                 zwyczajnie
w lasach
         rzekach
                 i wsiach
jeszcze
         będzie
                 jak w kinie

Grzegorzowi
Małeckiemu
PIESZO

po
zniszczonych
torach
wędrują
ludzie- wraki
pokonują granice
czasu
i strachu
ojciec i syn
Matka Courage
uciekinierzy
wloką swój
los
poprzez
polskie
bezdroża
do kolejnej
stacji
krzyżowej
gdzie daremnie
czekają
na
swoich Godotów
którzy
właśnie
odjechali
autobusem
Linkego


Pieszo-premiera marzec 1989
/„Temi” 1989/

po
białej scenie
kartki papieru
poruszają
się
nieporadnie
poczwary myśli chorej
i jak kiepscy aktorzy
pozorują porwanie
wyobraźni
i uniesienie jej
w sen srebrny Salomei
z którego
przebudzenie
kończy się często
mocnym postanowieniem
nigdy więcej

 

pełnia

słowa
wzbierają
we mnie
jak strach
w twoich
oczach
rozbite
lustra
twarzy
powiększają
nasz zachwyt
zdumione
drogowskazy
rąk umilkły
tylko budzik
marudzi
zapomniany
przed snem
tylko ja
utknąłem
w zaspie
wiersza

       Jan Peszek
    czyli
człowiek
            orkiestra

wchodzi elegancki
w garniturze
               i zaczyna
wykład
           o roli sztuki
i miejscu artysty
w świecie
                     nagle
dostrzega leżące
za stole
                    jabłko
i staje się cud
praczłowiek
                zwierzę
rzuca się
na zakazany owoc
z drzewa
          wiadomości
walczy z nim
                 i z sobą
aktor- jabłko
                     nagle
niczym
w Jakubowym śnie
wbiega na drabinę
tworzy z nią
przedziwną jedność
osiąga cel
                          bez
mozolnego
zdobywania szczytu
aktor
       instrumentalny
ale
        ewolucja trwa
niezależnie od nas
więc
            poddaje się
próbie
         ognia i wody
odkrywa
tajemniczy świat
dźwięków
i własnego ciała
które składa
             w ofierze
na śmietniku
postępu


/„Temi” 1985/

przez moje okno
które już dawno
przestało być
oknem na świat
widać inne
podobne okna
podobnych mieszkań
podobnych ludzi
smutnych i szarych
jak bloki
               w których
muszą egzystować
mało tu drzew
nie ma ani jednego
bocianiego gniazda
nawet gołębie
                      odleciały
na stare miasto
zapomniano
o parapetach
                     dla nich
i dla kwiatów
czasem tylko
błądząc wśród lasu
anten
       wpadnie
na filiżankę snu
srebrny księżyc
i kołysząc się na firance
                   opowie
o tym co piszczy
w prawdziwej
trawie


/„Temi” 1984/

to mój
ostatni wiersz
tej zimy
kolejna próba
przed premierą
której nie będzie
więc zamykam go
w szufladzie
niespełnionych
marzeń
a kluczyk od niej
wrzucam
przez lewe ramię
do głębokiej
studni milczenia

 

MATKA- POLKA

wstaje zawsze
               przed szóstą
robi śniadanie
wyprawia męża
do pracy
           nie zapominając
o kanapce
                   i uśmiechu
na drogę
włącza radio
                 budzi dzieci
pilnuję aby
umyły zęby
           zjadły śniadanie
ubrały się
                           razem
biegną tylko
do najbliższego
przystanku
                              stąd
starsze samo idzie
do swojej świetlicy
lub klasy
                           a ona
zniecierpliwiona
wygląda
                     autobusu
taksówki
                            cudu
musi zdążyć
przed swoją
              godziną zero
odwieźć najmłodsze
do żłobka
                przedszkola
                          babci
i zasiąść
za swoim biurkiem
okienkiem
                       stanąć
przy taśmie
za ladą
czasem odpocznie
                      w pracy
bywa że robi zakupy
najczęściej jednak
po prostu
            ciężko pracuje
a potem
                z powrotem
tylko w odwrotnym
porządku
                          i tylko
ręce mdleją od
                toreb i siatek
zdarza się że on
odbierze dzieci
pomoże w zakupach
posprząta
                        upierze
przejrzy zeszyty
naprawi kran
                 w niedzielę
wyjdą wszyscy razem
na spacer
                         wtedy
w domu jest święto
i placek
który ona upiecze
aby dopełnić
            miary szczęścia
ale normalnie
                   na co dzień
wszystko
                 na jej głowie
raty
opłaty
i pusta butelka
na mleko za drzwiami
wieczorem
                           kiedy
zasną już dzieci
                             mąż
nie wróci pijany
i nie milczy
                  jak zwykle
nieludzko zmęczona
myśli o dniu
               zwyczajnym
spokojnie przeżytym
a zasypiając
                       marzy
o następnych
podobnych
                      do niego

/„ Temi” 1984/

                        Pawłowi
                   Koromblowi
AKTOR

twój dżinsowy Konrad
szukający
ze świecą w ręku
swojej Polski
                         w nas
i w portretach
przodków
              snujących się
po mrocznych
zakamarkach naszej
narodowej duszy
obnaża nas
                  zdzierając
z naszych twarzy
starannie dobrane
maski
                 wywołując
kolejny skandal
na kostiumowym
                            balu
naszej historii
                  sam będąc
natchnionym
                 wizjonerem
Chrystusem
bratem Antygony
szlachetnym Hamletem
Wyspiańskim
                lecz
nie sobą
wszyscy oni
                     zbiór idei
pokonując nas
              zbiorowe NIC
a ty wyzwolony
ale nie zwycięski
błądzący po omacku
trafiasz na końcu
w czerwone ślepia
diabła
który
przycupnął
na Hasiorowym
sztandarze
                             nam
udaje się ujść cało
tylko
kamienne maszkarony
strzegące Ratusz
ścigają nas
swoimi
   długimi
       cieniami

/
Temi” 1984/

epitafium
lamentacja na
odejście dyrektora
teatru

przyszedłeś
młody i gniewny
kordian i cham

bywałeś
artystą i
urzędnikiem
karawaniarzem

próbowałeś
wpisać nas w
komiks
lecz

okazałeś się
za mały do
wielkich
interesów

odchodzisz
jak bohater
opowieści
petersburskich

tobie
najbliższych
ale

nie nam

Tarnów

jest miastem
jak inne
pełnym ludzi
z marmuru
           z żelaza
i małych
tchórzliwych
zwyczajnych
jak wszędzie
zamiast
zielonego lasu
widać z okien
kominy fabryk
i słychać
śpiew ptaków
w lecie
          z radiem
jest miastem
pełnym spalin
wycieczek
           i malin
na burku
gdzie rzadko
coś się dzieje
oprócz awantur
w kolejkach
odpustów
          występów
cyrków i kapel
rockowych
           a jednak
jest miejscem
jedynym
           na ziemi
i w niebie
gdzie gwiazda
ta
            z herbu
zawsze mnie
przywiedzie

 

ROCZNICA ŚLUBU
żonie

księżniczką
byłaś wtedy
jam pazia
przywdział
strój
mówiłaś
do mnie ami
kocham
szeptałem ja

ptakom podobni
w miłość
zasobni
w obrączkach
z marzeń
sami
lecz
razem
szliśmy w bój


mijały lata
tłuste i chude
noce i dnie
tyś penelopy
rolę wybrała
ja
swej obrączki
szukam wciąż

lecz mimo burz
tworzymy znów
słoneczny krąg
złączonych rąk
dzieci i nasz
szczęśliwy dom

a miłość

cóż

zamiast róż
daję ci dziś
jak wtedy

             święta

puste miejsce
przy stole
siano opłatek
nasze role
w jasełkach

takie same
co roku

przed wigilią
życzenia
zwykłe polskie
wzruszenia
i nadzieje

takie same
co roku

sztuczna
choinka anioły
kolędy z płyt
nawet rozmowy
z bliskimi

takie same
co roku
a my…

      słowa
jedyne
jak
   panny
      mądre
czekają z
zapalonymi
lampionami
inne
   jak
      panny
         głupie
w panice
próbują
rozpalić je
dolewając
        oliwy
           do
               ognia
nadaremnie

ich
oblubieniec
            czas

jeszcze nie nadszedł

dla B.R.

O jesieni złocista
latem brzemienna
nostalgii mgłą otulona
nadchodzisz
nieuchronnie
jak śmierć

O jesieni szalona
jak dziewczyna
zmienna
idziesz wolno przez
park
pełen poezji muzyki
barw
pod rękę z wiatrem
który
gna Bóg wie
gdzie
jak ty i ja

O jesieni cmentarna
poro trumienna
kirem wspomnień
okryta
przemijasz
niepostrzeżenie
jak życie

 

żonie

moje szczęście
ma kształt
                 stołu
przy którym
                piszę
i kolor twoich
oczu
         jest proste
jak dekalog
              piękne
jak nasze noce
zielono
            szalone
i chociaż
           czasami
brakuje
             pieniędzy
chorują dzieci
lub
          zepsuje się
kran
                  nic to
wszystko
              stanowi
jego wartość
nadaje mu sens


/
Temi 1984 Zeszyty Tarnowskie

1987/

każdy z nas
gromadzi
                    swoją
szklaną menażerię
opracowuje
                    plany
wielkiej ucieczki
nawet z
           zamkniętej
trumny
          każdy z nas
póki co
wychodzi do kina
słucha jazzu
                        lub
marzy o
niebieskich różach
i
    tylko
             nikt
                       nie
pamięta o
               rozbitym
jednorożcu

/27 marca 1993 r./

Jackowi
Andruckiemu

tarnowska Bima
ożyła
wprawiona w ruch
tajemniczą muzyką
jeźdźców apokalipsy
niczym
wehikuł czasu
przenosi nas
                        w świat
którego
tylko
pozornie
                     już nie ma
do Drohobycza
chasydów
sklepów cynamonowych
holocaustu
                           ocalały
w obrazach i księgach
bałwochwalczych
                                jest
salwą krzyku
                           oddaną
w nasz świat Szeolu
rozpryskujący się
                                jak
mydlana bańka
                        wracamy
unosząc z sobą
oczyszczający ogień
płonącej Tory


Księga Bałwochwalcza – premiera

17 maja 1992

znowu
czekałem
na ciebie

pięć
linijek
od drzwi
do okna
którym
nie mogę
wyjrzeć

pięć
linijek
od okna
do drzwi
których
nie mogę
otworzyć

zatrzymuję
się przed
kropką nad
i

nasłuchuję
zawieszony
w pauzie

może
czas się
pomylił
albo ja
trafiłem
pod
niewłaściwy
adres

 

serce z piernika
co się rozpadło
spragnione wiary
już nie obronię

w gnieździe jaskółki
uwitym z marzeń
pełnych nadziei
już się nie schronię

płomienia świecy
który wiatr porwał
jak pierwszą miłość
już nie dogonię

BRUNO
Zbyszkowi Szulcowi
w ostatni
poniedziałek
lipca
dowiedziałem się
że
jesteś już
na drugim brzegu
golec
pomyślałem
czym opłacił
Charona
a może
wysłała
Go tam
redakcja
właśnie piszą
na drugiej stronie
że umarłeś
ale
z ostatniej
wynika
że jednak
żyjesz bracie
szulcujesz
jak zwykle
co tydzień
i nawet
własny pogrzeb
nie jest Ci
w stanie
przeszkodzić
odetchnąłem
z ulgą

liść

do mojego domu
pełnego
             książek
zabawek
             i rzeczy
niepotrzebnych
nikomu
            zawitała
jesień
przytulona
            czule
do butelki
            z mlekiem
nie
zauważył jej
nikt oprócz
pary kozaków
drzemiących
pod lustrem
w przedpokoju
na jej widok
             zaczęły
wiercić się
i cichutko
            tupać
z radości
że znów
            wyruszą
w daleki świat
ożywił się
           także
stary szalik
dotąd smutnie
zwisający
            z wieszaka
i zamrugał
             wesoło
frędzlami
             a ona
tym wszystkim
wzruszona
            nagłym
przeciągiem
uniesiona
odleciała
            na balkon
sąsiadów

po
asfalcie pustyni
z hukiem przepełzają
płazy niosące
na grzbietach
światło

stąpamy
obnażeni z mroku
zdruzgotana cisza
skrzypi nam
pod stopami

nasze dłonie
prowadzą
niekończący się dialog

otuleni mrokiem
przystajemy
zasłuchani
w mowę asfaltu
oczarowani
światłem

----------------

odchodzimy
w ciemność

 

EPICEDION

Już
wszystko było
                  chociaż

nie powinno
tak się
              zakończyć
rozpoczęte
                    dzieło
Już tyle dni
minęło
            od tamtego
czasu
            a my wciąż
rozmyślamy
                     o tym
co się stało
ważymy szanse
racje
              i nadzieje
wielcy
               przegrani
i ludzie
                z kolejek
Już
nie czekajmy
                     dłużej
na cud
                      który
raz się
                  zdarzył
i zastał nas
śpiących
                   zieleń
w oczach
              ciemnieje
dni stają się
                  krótsze
Już
          dosyć waśni
i gorszących
                 sporów
nasze serca
złamane
               podobne
obietnicom
wtedy
             składanym
Już
           nie żałujmy
tego co minęło
jako sen złoty
głos rogu
           umilkł
i chochoł
           gdzieś
przepadł
           nawet
sznur się
           zgubił
tylko
       ONA
              została

nie zakraczą jej
                wrony
nie rozdziobią kruki
               póki my

pęknięcie

nie
warto żyć
byle jak
nisko grać
umierać
codziennie
powoli
            nijak
zdradzając
siebie
idąc wspak
bez ryzyka
szaleństwa
bez
ważnych
               dat
swój los
trzeba brać
jak kobietę
na wojnie
-------- ----------

jak kwiat

                urszuli
powrót
               do itaki

uczepiony belki
która jeszcze
niedawno
                 tkwiła
w mym oku
powracam
         z wyprawy
po złote runo
walcząc
z przeciwnymi
wiatrami
omijając
przylądki
złudnych
            nadziei
żegluję
do brzegów
twojego serca
a ty
nie urządzaj
marnotrawnemu
uczty
                   tylko
ucisz
wzburzone
morze

gdybym
odnalazł
zaginioną
arkę albo
rozwiązał
trójkąt
bermudzki
gdybym
sprawił
aby
przemówiły
kamienie

może wtedy


/Temi 1984/