życiorys

urodzono mnie
porzucono
pokochano

uczęszczałem
uczyłem się
ukończyłem

poznałem
pokochałem
pojąłem

mam
trzydzieści
lat

                żonę
dwoje dzieci
pracuję
                żyję
po co

wierszu jesienny
który jesteś we mnie
bądź uśmiechem tego
który w niebie
dla tych co na ziemi
chleba słów prostych
daj obfitość
dzisiaj szczególnie
odpuść niecierpliwość
wybacz nieudolność
nie wódź po bezdrożach
wyobraźni ale przybliż
czas rozwiązania

Każdy mój krok, zachwyt i strach
dla Ciebie, Panie…

Każda ma myśl, zdrada i łza
dla Ciebie, Panie…

Każda me słowo, dawanie, branie
dla Ciebie, Panie…

nie chcę
brnąć
przez życie

ostrożnie
bezimiennie
nijako

chcę być

portem
i
lustrem
i
morzem

a
wszystko
to po to
aby

uchronić
zapamiętać
przekazać

 

wyjechałaś gdzieś tam
a w oczach pociemniało

wyjechałaś po coś tam
w mnie w dłoniach z żalu rwie

wyjechałaś na ileś tam
a mnie w słowach ubyło

kobieta
z którą
jestem

dziewczyna
z którą
bywam


dla mnie
jak

wyrok
i
uniewinnienie

razem

przez
trzy dni
wędrowałem
czerwonym
szlakiem

ciszę
i gwiazdy
zbierałem

przez
trzy dni
nie miałem
wątpliwości
ani nadziei
byłem pewien
drogi i celu
przez
trzy dni
nie kochałem
i nie byłem
kochany
cieszyłem się
wolnością
jak więzień
przez
trzy dni
nie marzyłem
tylko żyłem
jak król
sens życia
miałem
w garści
byłem
w górach

wiosna

dziewczyno
z fryzurą afro
ukrywająca się
za fotochromem
okularów
zaprzyjaźniona
z moją brodą
i
całym światem
piękna
i tajemnicza
chciałbym
opisać ciebie
całą
ale wiem jeszcze
zbyt mało
więc tylko słowo
kocham
jak kwiat wpinam
w twe włosy
i wiatr
srebrzystą
klamrą
uśmiechu

 

jeżeli
to
lżejsi
niż
oddech

jedyny
ślad

afisze
smutku

porwie
wiatr

zakryje
pamięć

odsłoni
nas

lament
dłoni
uciszy

będzie
wesela
czas

jesteś
darem
bogów
na który
niczym
sobie nie
zasłużyłem

o jakim
marzą
poeci
i
złodzieje

a już
wątpiłem
o białej
fladze
myślałem

jesteś
łupem
wojennym
zdobytym
w bitwie
o wyspy
szczęśliwe

rozmowa z Ojcem

nigdy
mnie nie okłamałeś

nigdy
nie byłeś na wczasach

nigdy
mnie nie uderzyłeś

nigdy
nie przepiłeś wypłaty

to pewnie
za mało na świętość

ale chyba
wystarczy na obecność

w niebie

bądź
dla mnie gwiazdą

tylko
nie znikaj w Betlejem

każdy wiersz
jest
próbą
samookaleczenia
raną
krwawiącą długo
przed i po
a kiedy
nadchodzi pomoc
właściwe słowa
które
należałoby
zapisać
często nie mają
już sensu
uwierają
jak źle
nałożony
opatrunek

 

znaki miłości

wyczerpać morze
i jeszcze pragnąć

zobaczyć niebo
i wybrać piekło

dawać nie biorąc
i iść na przeciw

wybaczyć wszystko
i jeszcze wierzyć

piękną
jak fenickie tancerki

delikatną
jak wiersze Safony

czułą
jak śpiewy syren

taką
chciałbym Cię kochać

skazany
przed poczęciem
z piętnem
grzechu
pierworodnego
wędruję drogą
której nie ma
na żadnej z map
obciążony
ponad miarę
niosę krzyż
wątpliwości
i nadziei
obdarowany ponad wiarę
upadam
pod ciężarem
pokładanego
we mnie zaufania
przymuszony okolicznościami
nie spotykając
na swej drodze
Szymona z Cyreny
podążam samotnie
na spotkanie
ze swoim
przeznaczeniem
a może idziemy
razem do Emaus
tylko ja nic
o tym nie wiem

moje serce
rozdarte
jak zasłona
w Kafarnaum

i co dzień mi trudniej
i nie wiem

czy drogę
wybrałem
właściwą

czy krzyż
nie był
przygotowany
dla kogoś
innego

nie
umiem tańczyć
walca

nie
jestem złym
człowiekiem

nie
jestem dobrym
także

jestem
kwiatem

któremu przysłonięto
słońce

 

ulica

twarze twarze twarze
twarze twarze twarze
twarze twarze twarze

-,,- -,,- -,,-
-,,- -,,- -,,-
-,,- -,,- -,,-

swoją
straciłem w kolejce
byłem kimś

zawsze
zbyt mało kochanym

zawsze
zbyt mało ufamy

zawsze
zbyt mało pragniemy

zawsze
zbyt mało wiemy

zawsze

coraz
mi trudniej
słowa
układać tak
aby wiersz
znaczyły
a jednak
próbuje
jak Syzyf
zdobywać
szczyt
nie do
zdobycia

erotyk


po oczu zapatrzenie i dalej
jesteś


po słów wyczerpanie i wtedy
jesteś


po dłoni uspokojenie i potem
jesteś

bądź dla mnie nadal
wiosną w jesienie
uśmiechem losu
wierszem w kieszeni

wspomnij na szlaki
wspólnie przebyte
w niebo wstąpienia
razem przeżyte

bez ciebie jestem
kwiatem bez słońca
ptakiem bez nieba
początkiem końca

 

On
jest dla niej

przystanią
w której
się chroni

lustrem
w którym się potwierdza

źródłem
z którego czerpie

Ona
jest dla niego

portem
z którego wypływa

oknem
w którym czeka

drzewem
pod którym pisze

Oboje
są sobie niezbędni
jak woda i ogień
innym

Grażce i Jurkowi

Hej! Bieszczady, Bieszczady,
ty dziwna kraino:
nęcąca przygodą,
sławna połoniną.
        Hej! Chryszczata,
                             Chryszczata,
dzika i cmentarna,
Zwabieni
                 tajemniczym pięknem
twoich
                  duszatyńskich jezior,
zdobywamy ciebie
w ciszy i zmęczeniu,
Hej! Bieszczady, Bieszczady,
ty dziwna kraino:
ciągle tutaj więcej
mogli niźli ludzi.
          Hej! Tarnico, Tarnico,
          najwyższa z wysokich.
          wychłostana wiatru
                  zawodzącym smykiem.
      Z twego szczytu widok
                  dech zapiera w piersi.
Krzyż stojący na nim
zwrócony na Halicz –
                                dostojny,
królewski,
             widoczny z oddali,
Dziś przychodzi na myśl
tam pomordowanych,
                 dzięki którym
teraz możemy iść dalej.
Hej! Bieszczady, Bieszczady,
ty dziwna kraino:
jesteś darem dla tych
co
umieją marzyć.
             Hej Bukowe Berdo,
             niebieska forteco;
             Urodę swoją z nagła
                     zakryłaś przed nami,
deszczem i mgłami.
Więc śpiesznie uchodzimy,
ścigani piorunami,
            nieproszeni goście.
W Ustrzykach Górnych
gdzie namiot
                  i ciepło
i sucho,

zapatrzeni w ogień,
zasłuchani w rzekę –
myślimy o sobie,
          jak nigdy dotychczas.

Wrócimy tu jeszcze…

kiedyś byłem
potokiem rwącym
pełnym nadziei
radość niosącym

dzisiaj jestem
rycerzem śpiącym
w skałach Giewontu
wyczekującym

już wkrótce będę
stosem płonącym
znakiem daremnym
nic nie znaczącym

jestem
jak
miasto
które się
poddało
ale wróg
jego
przegranej
nie przyjął

 

co zrobić
               ze swoim życiem
mając 33 lata
                i świadomość
że nie będzie się już
                 drugim Joszką
kiedy ma się
                już dawno za sobą
pierwsze uniesienia
                i wzruszenia
pierwszą przyjaźń
                i pierwszą nadzieję
pierwszą miłość
                i ostatnią zdradę
kiedy ma się za sobą
odejścia
                bez powrotów
powroty
                bez rozstań
kiedy ma się za sobą
miłość
                małżeństwo
                                  i dzieci
które jak blizny
pozostaną w nas
                        na zawsze
co zrobić
                  ze swoim życiem
wiedząc
                  że jest ono jednym
wielkim kłamstwem
                                  a my sami
stajemy się powoli
                                  małymi
tchórzliwymi ludzikami
kiedy bezterminowo
                    pozbawiono nas
nadziei
                 a rozpacz
szczerzy zęby
                 z dna pustej butelki
szydząc
                 z naszej bezsilności
i naiwnej wiary
                 w lepsza przyszłość
bez naszego udziału
kiedy odkrywamy
                               że naszym
ostatecznym przeznaczeniem
jest ucieczka
                     tylko
drogi nie widać i celu
więc
           jak żyć
                        aby przeżyć
własną śmierć
                        i zostać

jeszcze jedna wódka
jeszcze jedna gra
jeszcze jedno rozdanie
jeszcze jedno pas
jeszcze jedno kłamstwo
jeszcze jedno tak
jeszcze jeden odwrót
jeszcze jeden krach
jeszcze jedna zdrada
jeszcze jedna miłość
jeszcze jeden kac

a w naszych oczach
                ciągle strach
a w naszych dłoniach
                 tylko wiatr

poeci
                               widzą
więcej
              niż
                      inni
słyszą
            więcej
                       niż
inni
                       wiedzą
więcej
              niż
                       inni
strzeżcie
               się
                       ich

requiem dla nadziei

chciałbym umieć tak pisać
jak Ivo Pogorelić gra Szopena

chciałbym umieć tak kochać
jak Mały Książę swoją Wróżkę

chciałbym umieć tak czekać
jak Estragon i Vladimir na Godota

może wtedy umiałbym żyć

 

jestem
jak
gliniane
naczynie
po ofierze
złożonej
bogom
którzy
zapomnieli
zabrać je
z sobą
lub
zniszczyć

Epitafium dla takiego jak ja

Niech żyją Ci,
którzy do niczego nie doszli,
nieudacznicy,
którzy z melancholii i bólu
nie mogą rankiem podnieść się z łóżka,
którzy schodzą na psy,
którzy mogą wytrzymać tylko wówczas,
gdy oszałamiają się narkotykami
i alkoholem.
Niech żyją
pogardzani, wyszydzani, okaleczeni,
otępiali, wegetujący, osamotnieni.
Niech żyją Ci,
którzy się poddali,
o których nigdy nikt nie będzie mówił,
którzy niczego po sobie nie zostawiają.
Niech żyją wszyscy Ci,
którzy aż nadto widocznie noszą w sobie
                                                     śmierć,
którzy są w drodze na prom Acheronu,
którzy już słyszą plusk wioseł,
wołanie Charona.

Z głębokim żalem
zawiadamiam, że
w dniu 6. VI 83 r.
o godzinie 19
zmarłem śmiercią
naturalną.
Zgon nastąpił
na skutek
upływu czasu
Pewna dziewczyna
mówiła o mnie,
że jestem jej
numerem 1, ale
w chwili zejścia
okazało się, że
jestem numerem
trzynastym.
Pogrzeb
nie odbędzie się
z powodu
braku zwłok,
którymi będę się
posługiwał, aż
do całkowitego
ich
wyeksploatowania.
Upraszam
o nieskładnie
kondolencji,
do czasu
opublikowania
moich wierszy.
Pogrążony
w bez nadziei

                                         autor