przez
tyle
lat
sączyłem
w siebie
truciznę
teatru
          aż
stałem
się

atrapą
samego
siebie

poranną
rosą
obmyj
każde
słowo

promieniem
słońca
wypal
z niego
zdradę

wieczorną
mgłą
przebaczenia
otul je

wtedy

będzie
jak
chleb

wstępujecie
po
stopniach
wierszy
              na
szczyty
marzeń
każde
ostatnie
słowo
       w nich
to
arka
tańczcie
wokół niej
i
śpiewajcie
może
zdarzy się
cud
        i
w wasze
wyciągnięte
dłonie
zapłacze
              się
spadająca
gwiazda

przychodzimy
z ciemności
                    i
ku niej
       zdążamy
jasna
przestrzeń
pomiędzy
                  to
droga
        naszego
życia
           krótka
jak
oświetlająca
                  ją
błyskawica
                   i
długa
       jak
             czas
dzielący
grzmot
           od
pioruna
             a ON
gdzieś
pośrodku
             więc
musimy
        być
                   jak
panny mądre
                      i
straż nocna

(Jurkowi Świtkowi )

 

przypływ

kiedyś
            byłem
cymbałem grzmiącym
nic nie znaczącym
dźwiękiem

teraz
           jestem
krzakiem ognistym
aktem strzelistym
Panu

odpływ

kiedyś
           byłem
krzakiem ognistym
aktem strzelistym
Panu

teraz
           jestem
cymbałem grzmiącym
nic nie znaczącym
dźwiękiem

po
latach tłustych
nastały
lata chude
nadszedł
                czas
plag egipskich
i
      tylko
            nie ma
Józefa
wraz z braćmi
                     a
po faraonach
pozostały
                jeno
piramidy

moja apokalipsa

odrzucony
                     przez
wszystkich
niepotrzebny
                   nikomu
jestem
człowiekiem
w drodze
                do nikąd
zawalił się
mój świat
                   pustka
we mnie
i obok
i strach
paraliżujący
wole
                  i krach
na giełdzie życia
oto
          stoję
                     przed
ścianą płaczu
i poprzez
                  ból i łzy
krzywdy i gwałt
moich najbliższych
widzę
            swoje
zmarnowane życie
roztrwonione talenty
i nie wiem
                     jak żyć
iść dalej
                 i być
podczas gdy
most zaufania
przerzucony
                     przez
rzekę prawdy
podniesiony
wysoko

 

w pękniętej
klepsydrze
mojego czasu
zamieszkał
strach

wyczerpałem
już także
limit swoich
upadków na
via dolorosa

Szymon
nie dojechał
z Cyreny
przez strajk
kolejarzy

tymczasem
z Golgoty
startują
ostatnie
samoloty

a ja
nie mam
na bilet

wezwany
zostawiłem
na brzegu
swoje
          sieci
ostatnio
i tak
łowiłem
w nie
        słowa
płotki
zabrałem
ze sobą
tylko
          znak
liczbę
czterdzieści
i cztery
złoże
        z nich
ofiarę
całopalną
Panu

list
do samego
siebie

przekroczyć
próg
         nadziei
i zostać

pokonać
własny
           strach
i być

przekonać
przyjaciół
i wrogów
                 że
jeszcze
żyjesz
           bracie

wtedy odejść

dostrzec
blask
prawdy
w każdym
bliźnim

jak
z lampy
Alladyna
czerpać
z niej
siłę

kruchą
jak
opłatek
chciałbym
złożyć
na białym
obrusie
twojego
serca
           jak
list

 

nie
wypisuj
moich
grzechów
  na
    piasku
lepiej
narysuj
na nim
znak
ryby

przed
zaśnięciem
złożyłem
                    w
dolinie
twojej
               dłoni
srebrzysty
pocałunek
                  po
przebudzeniu
zastaniesz
w niej
kolorowego
motyla
          miłości
nie
    pozwól
                mu
odfrunąć


                       żonie

znalazłem
                 słowo
                            klucz

może
            otworzę
                             nim

skrzynię
             pełną
                       wierszy

a może
             twoje
                          serce

koncert na lutnie

naciągnięta
do granic nadziei
i dalej
aż po świt
pękła
            złota struna
nie wydawszy jęku
w ciszy
rozjaśnionej łzami
daremnymi
jak moje powroty
jak słowa
              w których
mógłbym się
                schronić
przed czasem
który nadchodzi

 

jakże
łatwo
powiedzieć
to
          jedno
słowo
za dużo

jakże
trudno
to
         jedno
słowo
zapomnieć

podczas
gdy

milczenie
przestało
być
      złotem

buchalteria

mogło być
tak pięknie
normalnie
po ludzku

jak u
Matysiaków
albo w
Labiryncie

tylko
        wtedy
nie byłoby
tylu
      moich
wierszy

przystrojony
                 w
pióropusz
sztucznych
             słów
i uśmiechów
wołam
      śpiewam
i tańczę
          płaczę
lub
      milczę
a wszystko
to po to
              aby
zagłuszyć
niemiłosierny
krzyk
       własnego
serca

złapany
w pułapkę
ponurych
myśli
zamknięty
w klatce
własnego
języka
oczekuję
na proces
oskarżony
o brak
interpunkcji
i chyba
             tylko
świadectwo
Franza Kafki
mogłoby
            mnie
uratować

 

codziennie
mozolnie
odrabiam
swoje
          słupki
wierszy
chroniąc się
za nimi
przed
prozą
codzienności
wędruję
po świecie
Króla Artura
rycerzy
okrągłego
             stołu
Don Kichota
                   a
nawet bywam
na planecie
Małego Księcia
i może gdyby
wóz Tespisa
którym
tłukę się po
gościńcach
życia
rozpadł się
w innym
miejscu
        i czasie
inne byłyby
moje przygody
i wiersze
                  a
może nie
byłoby mnie
wcale

Agnieszce

tańczącej
w słońcu
na wyspie
szczęśliwej

przesyłam
w butelce
zamknięte
pocałunkiem

ziarenko
maku

może
wyrośnie
z niego
cisza

która

sprawi

że twój
czas
będzie
jego
czasem

a marzenia
rozbłysną
latarnią
na wysokim
maszcie

może
wyłowisz je
podczas
wielkiego
przypływu

otworzysz
ramiona

i zbudujesz
w nich port
wielki jak
miłość

Jarocin

samochody
wiozące kurz
i ludzi
przystają
zdumione
na widok
odzianych
                  w
czarne skóry
punków
ze sztywnymi
czubami
uzbrojonych
w noże
          skinów
z łysymi
czaszkami
kolorowych
             szat
rastamanów
                  i
owłosionych
ponad miarę
hejów
         to
wyznawcy
nowej muzyki
punk
        i regge
heavy metalu
i blusa
pielgrzymują
do swojej
            mekki
gdzie przez
cztery dni
na codzień
niekochani
porzuceni
               i
niechciani
razem
będą
tańczyć pogo

Czatachowa

to
miejsce
             gdzie
święci
          i
          wiersze
wyrastają
                  jak
grzyby
         po
           deszczu
wystarczy
               tylko
na
płocie
          Pustelni
zostawić
            kapotę
codziennych
spraw
                 i tak
oczyszczonemu
pozwolić
             działać
Panu

 

jadąc do pracy
usłyszałem
w eremefie
kolejnej
wojnie
      tym razem
w Czeczeni
znów umierają
słowa i ludzie
wcześniej
rozstrzelano
Jugosławię
ukrzyżowano
Rwandę
              i tyle
innych miejsc
na naszej
planecie
                 już
czas najwyższy
zbudować
wehikuł czasu
albo nową arkę
tylko gdzie Noe

obejmując
ciebie Matko
Czeczenio
serdecznie
boleśnie
po polsku

odstukuję
w niemalowane
przed kolejnym
wieczornym
serwisie
z Groznego

odzyskuję
wiarę w sens
życia i śmierci
patrząc na
wojenny taniec
twoich górali

sprawiedliwość
odważnie głosząca
liczna jak żadna
inna od wszystkich
demokratyczna
atakowana jak nikt
robotników broniąca
niezwyciężona
okupiona krwią
śmiercią
cierpieniem i łzą

13. XII.1981 rok

zamknięto
granice
             i lotniska
redakcje
         i rozgłośnie
zawieszono
działalność
            związków
organizacji
     i stowarzyszeń
wprowadzono
godzinę milicyjną
                       oraz
zakaz opuszczania
miejsca
        zamieszkania
obowiązują
             przepustki
nie
działają telefony
internowano
         aresztowano
skazano
            cały naród
są zabici   i   ranni

stan wojenny trwa

 

grudzień 81

wykonując
rozkazy
otrzymane
z tamtąd

obłąkany generał
poderwał
swoje armie
do walki
z własnym
narodem

zgasła
jutrzenka
swobody

polski
orzeł
znowu
w klatce

na
jak długo
tym razem

grudzień 81

niestety
nie znamy
jeszcze
całej prawdy
o schwytaniu
białego
ptaka
wolności
               lecz
nim minie
następnych
dziesięć lat
dowiemy się
a wtedy
wystawimy
rachunek
za wszystko

wiosna

nadszedł czas na bazie w wazonie
i malowanie pisanek

nadszedł czas
na wielkanocne baby
i domowe porządki

nadszedł czas
na szkolne rekolekcje
i na pierwsze randki

byłem
świadkiem
cudu

narodził
się
kapłan

widziałem
jak się
stawał

mocarzem
w uśmiechu
dziecka

wtedy
zrozumiałem
że Pan

posyłając
takich
jak On

daje
     nam
            znak

 

przez
trzy dni
wędrowałem
czerwonym
szlakiem

cisze
i gwiazdy
zbierałem

przez
trzy dni
nie miałem
wątpliwości
ani nadziei

byłem pewien
drogi i celu
cieszyłem się
wolnością
jak więzień

przez
trzy dni
nie marzyłem
tylko żyłem
jak król

sens życia
miałem
w garści

byłem
w górach

kościółek w Gorcach

przysiadł
pod szczytem
Turbacza
               jak orzeł
szukający
schronienia

przypięty do
gorczańskich hali
jak krzyż
virtuti militarii
do piersi
              bohatera

zbudowany
przez górali
w dwa tygodnie
                       jest
darem serc
              złożonym
przez pasterzy
P A S T E R Z O W I
w białej sutannie

jest miejscem
szczególnym
                    pełnym
tajemnic
symboli i znaczeń

jest miejscem
spotkań serdecznych
ludzi z Bogiem
Boga z ludźmi

Madonny polskie

idą lekko
jesiennym słońcem
wyzłocone

płyną zwiewnie
babim latem
otulone

kroczą dumnie
perłowymi uśmiechami
ozdobione

na spotkanie
z Tą
            Najważniejszą


                    Apel
                   Jasnogórski
                    /dożynki/

Piękna
jak nasza przeszłość
w pieśniach sławiona
krwią okupiona

umocnij naszą wiarę

Czarna
jak nasze dziś
wędrująca po domach
ku nam zwrócona

bądź naszą nadzieją

Tajemnicza
jak nasza przyszłość
nieprzenikniona
dumnie zraniona

naucz nas kochać…

 

który
stanowisz
o tym
czy jestem
i o tym
co posiadam
zrozum mnie
proszę
          kiedy
pośpiesznie
uchodzę
przed tym
czym jestem
i przed tym
co posiadam

im więcej dróg poza nami
tym gorzej swoje role gramy

im mroczniej w nas i wokół
tym dłużej pusty stoi cokół

im ciężej kochać i wierzyć
tym trudniej wysoko mierzyć

im mniej na jawie śnimy
tym bardziej się boimy

przyszedłem
dopiero
           teraz
zawrócony
w połowie
drogi

zobaczyłem
wspólnotę
ludzi
      wolnych
i
szczęśliwych

zostałem
              aby
służąc innym
uratować
siebie

nadaremnie


                
Krzysztofowi
                 /Pauliście/

nie mogę
być tutaj
gdzie czas
zatrzymuje się
dla wybranych

nie mogę
być tam
gdzie
mój czas
się wypełnił

mogę tylko
czekać aż
pająk
przeznaczenia
utka
       swoją
                 sieć

 

Dawid
            był
wielkim
królem

budował
wspaniała
świątynię
i
pisał
psalmy

tylko
           one
przetrwały

kiedy
        opadną
ze mnie
ostatnie
liście
wątpliwości
i nadziei
                 a
robak
strachu
przestanie
toczyć
          moje
słowa

          może
wtedy
zaśpiewam
Panu
          pieśń
nową

nigdy
nie grałem
znaczonymi kartami

nigdy
nie dałem
cesarzowi co boskie

nigdy
nie brałem
w tym udziału

a jednak

moja
pierworodna
córka

wszyscy
moi synowie
i żona

codziennie
odprawiają
nade mną

bezłzawe
żałobne
egzekwie

nawet
mój pies
nie wierzy

w moją
doczesną
reinkarnację

 

całe moje
życie to
atrapa
          knot
teatralna
klapa
kiepski
          żart
ale na
szczęście
słychać
          już
głos
srebrnych
dzwonów

mówią mi
że byłem
dla ciebie
opoką
latarnią
na wysokim
brzegu
           kimś
teraz ty
musisz być
tym
wszystkim
dla nich


                 
Miłoszowi

           moje
dwie siostry
chwilę
szczęśliwe
                    i
nieszczęśliwe

       dla
              mnie
po równo
                nie
do zniesienia

Wici poety

nie
hartuje się
w ogniu
chociaż

płonie

nie
znika
w kosmosie
chociaż
gaśnie

jest
       jak
             noc

trawiona
świętym
ogniem

 

już dawno
temu
zostałem
wezwany
ale
wiadomo
jak u nas
działały
telefony
a teraz
chociaż
słyszę
Twój Głos
nie umiem
nawet
darować
życia
mrówce

jak
porzucony
w zaroślach
kamień
obrastam
mchem
zapomnienia
i tylko
krople
porannej
rosy
przywracają
mi nadzieję

zaduszki

każdy
napisany
wiersz
jest
pocałunkiem
anioła
śmierci

każdy
przeczytany
wiersz
jest
lampką
zapaloną
na grobie
poety

Wszyscy Święci
podpalali
cmentarze
i
zwołują nas
na dziady

zniewoleni
tradycją
wędrujemy
do miejsc
ostatnich

słowa
opadają
z nas
jak liście

szeleszcząc
pod stopami
wspominają
imiona
zmarłych

 

listopadowe
dnie
przypominają
puste
muszle
w
samotne
wieczory
czekamy
na
Godota
a
nocami
gromadzimy
się
na
dziadach

martwa
natura

na
srebrnej
tacy

dojrzały
owoc

ozdobny
sztylet

uwiędły
kwiat

i
tylko

leżąca
obok

w kałuży
krwi

obcięta
dłoń

jest
oznaką
życia


bogusiowi

aktorzy widzowie

ofiary
           obowiązku
Ionesco
               reżysera
moje
                       ich
absurdalne
wypełnianie
                        ich
groteskowe
zmarnowanie
                          w
Teatrze Studio
i jakże często
w życiu


            
po
             warszawskiej
             premierze

Janko Muzykant

w
Gazecie Wyborczej
napisali
             że
nie żyje

w
Radio MAKS
opowiedzieli
                 jak grał

w
Telewizji Kraków
pokazali
       jego skrzypce

a ja
       nadal
                nie wiem
dlaczego


radiowcom
Adze i
Danielowi

 

otuleni
           muzyką
srebrzystych
drzew
zapadamy w
sen
      nocy
              letniej
tylko lew
cyrkowy błazen
błyszczy
                    jak
księżyc
zwabieni
urodą
królowej elfów
                     w
zaklętym lesie
tworzymy krąg
ludzi i duchów
misterium zjaw
tylko
       rzemieślnicy
udający aktorów
próbują nas
odczarować
          daremnie
tańczące elfy
sprawiają
że
         on
                  trwa
kolorowy i złoty
a gra
toczy się dalej

         do
               barw

dobry
Święty Mikołaj
po całym świecie
wędruje

nawet
bez sań i śniegu
drogi do naszych
serc znajduje

dzisiaj
nam wszystkim
prezenty i winy
daruje




Kubusiowi

knot

ten ŁAZARZ
rozrzucający
ulotki
cierpiący
za miliony
dający
fałszywe
świadectwo
p r a w d z i e
w obecności
dwóch szalonych
sióstr aniołów
i tłumu
znudzonych
gapiów
udający swoje
zmartwychwstanie
mający swojego
Mistrza
i
Małgorzatę
jest tylko
papierowym
plagiatem
tamtego
prawdziwego
dramatu
jest
nadużyciem
etosu czasów
nam bliskich
a
ponieważ
przed nami
Święta
wydaje się być
prezentem
gwiazdkowym
szaleńca
dla którego
zabrakło
kaftana
bezpieczeństwa


ps. dwa ostatnie kaftany jakie

były w teatrze użyto właśnie do

 tego spektaklu

Święta

podzielmy
się
płatkiem
śniegu
obdarujmy
gałązką
jemioły
zaś
w
naszych
sercach
niech
zakwitnie
gwiazda
betlejemska

 

Kiedy w Twoich oczu
czarną otchłań skoczę…
Może w niej spełnienie
swego losu zoczę.

Kidy moje usta
napotkają Twoje…
Będziemy znów razem
jak dawniej we dwoje.

Kiedy Twoje piersi
memi łzami zroszę…
Nie broń dłoniom
niech swawolą proszę.

Kiedy moje myśli
w Twoje słowa skryję –
Wtedy szepnę gwiazdom
jestem kocham żyję.




Księżniczce

dworcowi
         kochankowie

piękna jak Helena
tylko on
                 nie jest
Parysem

wierna jak Penelopa
tylko on
                     nie jest
Odysem

oddana jak Eunice
tylko on
                    nie jest
Petroniuszem

                  chociaż
bezdomni i biedni
                           są
szczęśliwi
                   jak nikt

Idiota
         człowiek
      prawdziwy
posłany przez
Starca
                aby

przygotować
drogę Panu
wędruje
              aż do
piekieł
Jekaterinhofu
proponuje
zamiast
              miłości
spazmy żałości
daremnie
              walczy
z losem
skradającym się
za płotem
jak złodziej
                     w
białych
rękawiczkach
sztyletami
wyznaczający
granice
           naszych
możliwości
              a One
Agłaja
          biały
anioł śmierci
                      i
Nastazja
czerwony anioł
przeznaczenia
poddają Go

                 próbie
człowieczeństwa
którego
zaprzeczeniem
               a może
apoteozą
                 jest On
Rogożyn
książę ciemności
Chrystus
przebaczający
Marii Magdalenie
Myszkin
wychodzi z niej
godny pożałowania
jak ja
              drzemiący
na widowni życia
skąd nawet ślub
wygląda jak
pogrzeb wariata
Jest jak
           cenna waza
pełna
niespełnionych
                        idei
a droga Pana
ciągle
             nie odkryta



                     
Jackowi
                      Anduckiemu
                      po premierze

 

mój
   KANDYD
               jest
we mnie
           i obok
bawi
     w Wenecji
i bywa
w krainie
             nudy
wędruje po
bezdrożach
wyobraźni
zarzuca sieci
w oceanach
             myśli
lecz
            słowa
chronią się
często
w jaskółczych
gniazdach
            katedr
lub
    przepadają
jak
kamień w wodę
                 więc
tropi je
wytrwale po
kontynentach
marzeń
            a kiedy
zmęczony
nieustającym
karnawałem
zdarzeń
             wraca
do naszego
Eldorado
nastaje pora
pisania
             listów
srebrzystych



             
 Maciejowi
               Wojtyszce
               po premierze

patrz
pęka
sklepienie
naszego
nieba
uchodzić
nam
trzeba

patrz
nasza
gwiazda
na
jednym
tylko
wisi
promieniu

spadając
rozbija
się
na
kamieniu
więc
chodź

podajmy
sobie
ręce
i
uratujmy
nasze
szczęście

dekadencja

umilkły
brawa
opadła
kurtyna
pogasły
światła
i
tylko
ja
wciąż
czekam
nie
wiadomo
po co
Pan
Godot
nie
przyjdzie
Złoty
Róg
zardzewiał
a
łajdaczka
śmierć
nie
poznaje
mnie
na
ulicy

Zabawa w Astrze

znowu
zepsułem ci
wieczór
swoją milczącą
nieobecnością
roztargnieniem
na parkiecie
zapatrzeniem
w dno pustego
kieliszka
wypatrując
w nim tego
co
jak cykanie
świerszcza
słyszę w sobie
przeczuwam
w tobie
odległej dzisiaj
jak światła
naszego miasta
widoczne przez
okno knajpy
w której my
wygnańcy
z raju marzeń
bawimy się
aby przeczekać
burzę zdarzeń
więc tańcz
i śmiej się
i pij do dna
choćby przez łzy
nie było widać
nic
         nawet mnie
skazanego dzisiaj
na wiersz

kocham cię

 

sylwester 95

niech
      szczeźnie
miniony czas
parszywa
dwunastka
miesięcy
             szans
bezpowrotnie
straconych
                jak
twoja miłość
jak mój czas
na
życie godziwe
                      a
bal manekinów
trwa
         i mimo że
Titanic
             zatonął
orkiestra gra
a
nadziej
            właśnie
odjeżdża
ostatnim
    tramwajem

           nie
jest
       sztuką
zbudować
dach nad
głową

        sztuką
jest
      aby nie
przesłaniał
nieba